Szukaj

Pola Augustynowicz - lśnienie polskiej ilustracji.

Aktualizacja: kwi 26



Ilustruje artykuły, książki, projektuje plakaty, opakowania i wzory na tekstylia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jej prace pojawiły się choć raz w Waszym życiu, artystka współpracuje bowiem z dużymi markami, ilustrując np. opakowania dla Wedla czy Somersby. Do tego prowadzi warsztaty i bierze udział w wystawach. Inspiruje i imponuje, zarówno pracą, ilustracjami, jak i samą sobą.









Co sprawiło, że zajmujesz się grafiką i ilustracją?

Z tego co pamiętam, to przez całe dzieciństwo robiłam w kółko trzy rzeczy: biegałam po podwórku, grałam na Amidze i rysowałam. No i tak się złożyło, że biegacz i gracz ze mnie marny, a narysować coś tam potrafię. W latach 90. mój tata miał swoją drukarnię, bywałam tam bardzo często. Uwielbiałam podglądać go przy pracy – gdy składał książki, foldery, magazyny, jak szukał idealnych farb, wybierał papiery ze wzorników. Wtedy też uczył mnie obsługi pierwszego programu graficznego – Corela, miałam wielką radość, gdy później drukował wielkoformatowo moje rysunki i z dumą wieszał w biurze swojej firmy. Wtedy też odkryłam technikę kolażu, analogowo tworzyłam w ten sposób przez kilka lat – wycinałam skrawki z gazet, książek (niestety!), malowałam, rysowałam, brokatowałam... Później przyszedł czas na ilustracje wektorowe, robione na tablecie.


To właśnie wtedy stałaś się ilustratorką? Możesz powiedzieć nam nieco więcej o swoich początkach?

Absolutnie nie śmiałam nazywać się ilustratorką, pamiętam, jak w czasie studiów na poznańskim, ówczesnym ASP, chodziłam z przyjaciółką, Olą Grzegorek, do wydziału sztuki biblioteki Raczyńskich i oglądałyśmy opasłe tomy ze zbiorami prac ilustratorów z całego świata. Marzyłyśmy o tym, by być kiedyś między nimi. W tamtym czasie rysunki wrzucałam do szuflady, byłam niesamowicie krytyczna wobec siebie. Tak samo było zresztą ze studiami – nie czułam się gotowa, by pójść na ASP, przez co zaczęłam od zupełnie innego kierunku. Całe szczęście spotkałam na swojej drodze osoby, które mnie z tego wyleczyły, które powiedziały: działaj, dziewczyno! Takim sposobem przyszły pierwsze wystawy, pierwsze wyjazdy na targi... No i tak sobie żyję, tworzę, ponad 10 lat w wektorowym szaleństwie.


Twoje prace charakteryzuje przepiękna paleta barwna i detal - skąd czerpiesz inspiracje?

Przy autorskich pracach zapalnikiem do tworzenia są słowa, które łapię wszędzie, a później zapisuję w specjalnym notesie. Są w nim pojedyncze wyrazy, zwroty czy jakieś luźne myśli. Od lat tak sobie je kolekcjonuję, a z czasem odkopuję i używam. Drugim krokiem jest dobranie kolorów – nad tym spędzam najwięcej czasu, jest to dla mnie najistotniejsza sprawa. Mam fazy na konkretne barwy, na przykład przez kilka tygodni jako bazy używam szmaragdowego, a kolejne kolory to dodatek, który bardzo starannie dobieram. Trzecia rzecz: detale, ornamenty... to one tworzą kompozycje, są moim znakiem rozpoznawczym, budują każdą z ilustracji. Bez nich byłoby nudno i pusto. Tak jak w życiu, szczegóły są dla mnie istotne, skupiam się na nich.






Znam artystów, którzy zanim podejdą do realizacji swojego dzieła, przygotowują wcześniej koncept, z którego mocno korzystają. Tworząc nową pracę przygotowujesz się wcześniej czy działasz na bieżąco, z głowy?

Przed rozpoczęciem każdej pracy rozrysowuję sobie wszystko na kartkach, szukam pomysłów, zapisuję skojarzenia, mapę myśli. Dopiero później zabieram się do działania, jednak nie trzymam się sztywno ram, które sobie wcześniej narzuciłam. Często finalny projekt wychodzi zupełnie inaczej, niż zakładałam. Uwielbiam tą nieprzewidywalność ilustracji.


Miewasz twórcze kryzysy?

Och... tak. Przez te wszystkie lata miewałam „kryzysiki”, dwu-trzydniowe. Przychodziły i odchodziły, nie męczyły zbyt mocno. Niestety w tym roku pojawił się pierwszy poważny kryzys, obrzydliwie czarna chmura wisiała nade mną przez długi czas. Nikomu tego nie życzę. Niemoc to okropny stan.


Jak sobie z nimi radzisz?

Na te niewielkie wystarczają mi spacery czy wyjście na rower, basen, jakaś aktywność fizyczna, ucieczka od komputera, kartek i tych przeokropnych ołówków (śmiech). Muszę chwilowo zapomnieć co robię, zresetować się. Chociaż oczywiście w pełni nie da się tego zrobić, czasami myślenie o projektach uaktywnia

się mimowolnie.

Przeglądając Twoją Instagramową, artystyczną wizytówkę, moją uwagę przykuł podpis pod jedną z prac - wszystko, co mamy jest teraz. Co przez to rozumiesz?

Ta praca jest moją pamiątką po stracie. Przepracowałam ją i przyszedł czas wewnętrznej odbudowy, zmierzenia się z życiem na nowo. Nie mamy wpływu

na przeszłość, nie możemy też w sumie kontrolować tego, co będzie. Jesteśmy

teraz i dobrze jest się na tym skupić, by nie zwariować.





Praca ilustratora to często zajęcie zbyt artystyczne na rzemiosło i za mocno komercyjne na sztukę. Stoi gdzieś pomiędzy. Dlatego w głównym stopniu zdobyło internet, a nie galerie sztuk. Jakie jest Twoje podejście do tego tematu? Przeszkadza Ci to?

Tak właśnie opisujemy nasze wystawy – stoimy pomiędzy rzemiosłem, a sztuką. Absolutnie mi to nie przeszkadza. Współczesna ilustracja to taka forma ekspresji, która idealnie nadaje się do pokazywania w największej galerii świata, w internecie. Dzięki temu mogą nas oglądać wszyscy, z każdego miejsca, o każdej porze. Aczkolwiek tradycyjne galerie są coraz bardziej otwarte na nasze środowisko, coraz chętniej zgadzają się na organizowanie wystaw ilustracji. Bardzo mnie to cieszy.


W internecie istnieje jednak zdecydowanie większa swobodna twórcza - nie ma kuratora ani dyrektora, którzy wytyczają dla artysty ścieżkę, którą ma podążać. To ma swoje plusy i minusy. Jak Ty lubisz pracować?

Przy współpracy z galeriami jeszcze nie spotkałam się z tym, aby ktokolwiek coś

mi narzucał lub chciał zmieniać. Jedyne uwagi dotyczą sposobu ekspozycji czy oświetlenia. Czasami zdarza się, że prace muszą powstać pod konkretne hasło, ale

to oczywiście tylko punkt zaczepienia. W zawodzie ilustratora cenię sobie wolność, możliwość samodzielnego dobrania odpowiednich środków, form, barw.


Wedel, Somersby, Tołpa, TVN… Twoje portfolio jest godne podziwu. Czy któraś z dotychczasowych współprac jest Twoją ulubioną?

Dziękuję. Chyba nie mam jednej, ulubionej współpracy – każda była dla mnie wyzwaniem, wejściem do nowego świata, z każdą współpracą czuję się wyróżniona, jestem wdzięczna, że mnie wybrano. Gdy zaczynałam swoją przygodę z ilustracją, tworzyłam rysunki do magazynów i książek. Teraz moje działania w zdecydowanej przewadze to projekty komercyjne, reklamowe. Czuję, że przy każdym temacie się rozwijam, zarówno jeśli chodzi o poszerzanie swojej wiedzy z danej branży, jak i poznawanie ludzi współtworzących projekt. Przy dużych współpracach, wartością dodaną są pozytywne reakcje znajomych, mocno mnie to rozczula. Mam mnóstwo zdjęć, które przesyłają – z opakowaniami, kartami, muralami, zdjęcia ze sklepów, nagrania.... Jest to przemiłe, w takich momentach mam płynne serce i chyba właśnie wtedy najbardziej się cieszę z tego, co robię.







Opowiedz proszę nieco więcej o kolektywie ilustratorskim, którego jesteś częścią. Jak zeszły się wasze drogi?

Od kiedy robię ilustracje, zawsze z wielką ochotą i przyjemnością poznaję kolegów po fachu, mam jakąś taką wewnętrzną misję. Wiesz, bo ilustratorzy to są bardzo fajni ludzie. Gdy jestem w innym mieście, proponuję spotkania śniadaniowe, czy wieczorne wyjścia. Tak też było w przypadku naszego miasta, czyli Poznania. Mamy nieformalny Klub Ilustratora i grupę na Facebooku, tam pewnego dnia ustaliliśmy, że się zobaczymy. Było to dwa lata temu zimą, przyszły dokładnie cztery osoby: Ola Szmida, Łukasz Drzycimski, Olek Pujszo i ja. Może to banalnie zabrzmi, ale już wtedy, przy pierwszym spotkaniu poczułam, że jest między nami fajna energia, że trafiłam na swoich ludzi, z którymi mogę rozmawiać do rana. Przy następnych spotkaniach dołączyli do nas: Joa Bartosik, Dorota Piechocińska i Grzesiu Myka. Jesteśmy trochę jak rodzina, trochę jak komuna... razem marudzimy, razem się bawimy, pomagamy sobie. Rok temu wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić wspólną wystawę, był to luźny koncept i niezobowiązujące rozmowy. Do tematu wróciliśmy po jakimś czasie, przy okazji spotkania u Oli uznaliśmy, że warto poważniej o tym pomyśleć. Zażartowaliśmy, że powinniśmy się skolektywizować, a że noc była długa, przypadkiem powstał, tytuł naszej wystawy - „Śmieję się, aż zasnę”. Później poszło z górki – Grzesiu wymyślił nazwę kolektywu – ILU NAS JEST, Olek zrobił logotyp, założyliśmy profil na Instagramie (@ilunasjest). No i zamiast jednej wystawy, robimy siedem. Tak, siedem wystaw w jeden rok. Każda wystawa to nowe prace, nowe ilustracje. Szaleństwo, twórczy ogień! Uwielbiam ich.


Mieszkasz w Poznaniu - co zachwyca Cię w tym mieście najbardziej?

Poznań to moje ulubione polskie miasto, zachwycałam się nim już jako dziecko, przyjeżdżałam do rodziny w każde wakacje i w sumie od wtedy wiedziałam, że

w przyszłości będę tu mieszkać. Moją wielką pasją jest architektura, a w Poznaniu jest co podziwiać. Najbardziej ukochałam sobie Łazarz, na którym obecnie mieszkam. Jak opisać to miejsce? To dzielnica wypełniona kamienicami – od tych bogato zdobionych, eklektycznych, po skromne projekty z czerwonych cegieł, budowane dla ówczesnych kolejarzy. Uwielbiam przyglądać się tym budynkom, patrzeć w górę - na piękne okna o cudacznych kształtach, kolorowe witraże, kwieciste balkony, wieżyczki... Jeżeli chodzi o klimat – kilka lat temu bywało różnie, ale teraz jest spokojnie, może nawet trochę „berlińsko” – mamy świetne kawiarnie, restauracje, winiarnie, a nawet browar. To tutaj znajduje się mój ulubiony Park Wilsona, a w nim słynna Palmiarnia. Jakiś czas temu byłam na wykładzie Filipa Springera, który wychował się na Łazarzu. Powiedział, że okiem architekta jest to unikat na skalę światową, taka perła wśród kamieni. I ja się tego będę trzymać. Jeżeli chodzi o inne dzielnice, lubię też Wildę i Jeżyce, w których także zachowało się wiele pięknych kamienic. Ogólnie Poznań cenię sobie za to, że ma cechy dużego miasta, a jednocześnie można je całe przejść pieszo, bez wielkich strat czasowych. Plusem jest też fakt, że mamy aż 3 jeziora, no i rzekę. Lato w mieście? No problem.









Lubimy pytać naszych rozmówców o czym marzą, zdradzisz nam jakie jest Twoje największe marzenie?

Mam w zwyczaju życzyć znajomym ilustratorom 100 lat w radości i ilustracji, lekko ironicznie. Tego życzę również sobie. Chciałabym jak najdłużej cieszyć się tym wszystkim, tworzyć. Czuję się dobrze w tym momencie, mimo wielu potknięć

po drodze. Co jeszcze? Marzy mi się wyjazd na zagraniczne targi/festiwal, na przykład HiFest, czy The London Illustration Fair, zorganizowanie w Polsce porządnej konferencji dla ilustratorów, no i dwie drobnostki, za którymi chodzę już z rok i nie mogę nigdzie dostać – vinyl Ptaków Przelot i drzewko bananowca (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... ).


Masz swoje sprawdzone sposoby na utrzymanie pozytywnej aury zarówno wewnątrz jak i zewnątrz siebie?

Oczywiście. Mam kilka prostych sposobów. Spotykam się z dobrymi osobami – przy okazji śniadań, obiadów, kolacji, na wieczorne winko, kino, koncerty; ludzie to energia, radość, najważniejszy element w moim życiu! Jestem również otwarta

na nowe możliwości, zmiany i staram się myśleć pozytywnie, nie zamartwiać na zapas. Do tego jem wegańsko (w miarę możliwości zdrowo), medytuję i tańczę

ile tylko się da.




Prace Poli możecie nabyć na stronie: www.pola-augustynowicz.shopshood.com


Pola Augustynowicz dla Lśnienie Magazyn, wydanie czwarte